Kategoria: Oglądałki

  • Z pamiętnika sceptyka: cyrk bez wyjścia


    O tym, jak kolorowa kreskówka z YouTube’a zburzyła moje uprzedzenia i o tym, czego się o sobie przy okazji dowiedziałem.

    Dashie, to wszystko twoja wina.
    Dzięki.

    Miałem obejrzeć tylko pilota. Koleżanka mówi: zobacz, polubisz. Mówię: dobra, jeden odcinek, jutro ci powiem, co myślę. Zarwałem nockę i wchłonąłem całość. Rano nie umiałem nic powiedzieć. Zamurowało mnie kompletnie i trochę czasu zajęło, żeby się otrząsnąć. Krótko potem wpadłem w sidła algorytmu, który po tym seansie odpalił protokół zalewowy. Tak dowiedziałem się, że na finał tego przedstawienia wybiorę się do kina. Ale że jak? Niezależna „kreskówka” z YouTube’a, w kinach, w światowej premierze finału, jednocześnie na całym świecie? Już spieszę z wyjaśnieniem.

    The Amazing Digital Circus — po polsku Obłędny Cyfrowy Cyrk, w skrócie TADC — istniał w peryferiach mojej bańki od jakiegoś czasu. Memy. Szorty. Hype, którego nie czułem. Żarty, których nie rozumiałem, bo nie miałem takiej potrzeby. Oficjalny polski dubbing od BruDolina Studios, dostępny od dwóch lat na YouTube i na Netflixie. Wszystko to było mi podsuwane pod nos, przewijało się w codziennym internetowym bytowaniu. Bańka potrafi czasem zadziałać jak filtr przeciwsłoneczny: przepuszcza dość światła, żeby człowiek wiedział, że coś świeci, ale nie tyle, żeby go oślepiło. Wiedziałem więc, że gdzieś tam jest seria. O klaunach. Animowanych. Kolorowych. W wirtualnej rzeczywistości. Wszystko to brzmiało jak rzecz, którą uprzejmie ominę, mówiąc znajomym, że bardzo się cieszę, że im się podoba.

    Powiem wprost: byłem snobem. Nie agresywnym, raczej miękkim — tym wygodnym prawie czterdziestoletnim snobem, wychowanym na Star Treku fanem poważnej SF z raczej skrystalizowaną hierarchią tego, co lubię i co uznaję za dobre i godne uwagi. A kolorowy serial o klaunach z YouTube’a? No błagam. Niby wmawiam sobie, że mam „szerokie horyzonty”, a jednak jakoś tak…

    I tu wchodzi koleżanka, cała na biało, z jednym jedynym argumentem. Inspiracja Ellisonem. Nie mam ust, a muszę krzyczeć.

    Jeżeli to nazwisko i tytuł nic nie mówią — w co, biorąc pod uwagę, w gdzie znalazł się ten tekst, wątpię — przyjmij, że Harlan Ellison napisał w 1967 roku jedno z najokrutniejszych opowiadań w historii science fiction. Pięcioro ludzi uwięzionych na wieczność przez sztuczną inteligencję, która ich nienawidzi i nie potrafi pozwolić im umrzeć. Tytuł jest trafny. Tekst jest krótki. Po przeczytaniu zostaje się z czymś, czego nie da się odłożyć tak, jak się odkłada książkę.

    Koleżanka mówi mi, że tym ktoś się inspirował, robiąc kreskówkę o klaunach. Pierwszy odruch: nie, to musi być nieporozumienie, ktoś przeczytał Wikipedię po łebkach. Drugi odruch: dobra, ale jeżeli to nawet w jednym procencie prawda, to nie wolno tego zostawić. Nawet powierzchowne nawiązanie zwiastuje doznania co najmniej ciekawe.

    No i odpaliłem tego pilota. Pierwsze dwie minuty wydają się dokładnie takie, jak je sobie wyobraziłem. Kolorki. Wygłup. Pomni — protagonistka — wygląda jak chodzący błąd kompozycji barwnej. Animacja jest szybka, gęsta, mocno stylizowana. Wszystko krzyczy: będzie niepoważnie i groteskowo, nie traktuj nas zbyt serio!

    Po pięciu minutach Pomni dostaje ataku paniki. Nie takiego komediowego, kreskówkowego, z wybałuszonymi oczami i parą z uszu. Prawdziwego. Z tym konkretnym sposobem oddychania, który zna każdy, kto kiedyś miał atak paniki albo widział atak paniki u kogoś bliskiego. Kamera nie ucieka. Klauni nie żartują. Caine — ceremoniarz tego cyrku, postać o estetyce kompletnie absurdalnej — patrzy na nią z miną, której nie potrafi ułożyć, bo nie został zaprogramowany, żeby umieć ją ułożyć.

    Zrozumiałem dwie rzeczy. Koleżanka miała rację co do Ellisona. Ja byłem głupcem.

    Bo widzicie, TADC nie jest dobry pomimo tej estetyki. TADC jest dobry dzięki niej. To są dwie różne rzeczy. Gdyby ktoś zrobił tę samą historię w aktorskim kostiumie, w brudnym brutalizmie, z ziarnistą kamerą i deszczem za oknem — wyszedłby kolejny przyzwoity, smutny sci-fi thriller, który obejrzymy raz i odłożymy obok Black Mirror. Wierna do bólu adaptacja. Może i Ellison, może i podobny szkielet, ale doszedłby do nas kanałem, który już mamy uzbrojony przeciwko tego typu uderzeniom. Wiemy, jak się ogląda mroczne, ciężkie sci-fi. Mamy filtry. Mamy dystans.
    TADC tych filtrów nie uznaje. TADC atakuje od drugiej strony. Tej, której nawet nie pilnujemy. Dorosły widz fantastyki ma odruch, który ja sam u siebie obnażyłem — kolorowy serialik o klaunach jest, z założenia, niegroźny. Można obejrzeć. Można pożartować. Nic ci się nie stanie. Można obniżyć gardę.

    A potem kreskówkowa Pomni dostaje ataku paniki, a Kinger — postać, która ma odgrywać rolę wesołego głupca — okazuje się studium żałoby tak konkretnym i pełnym, że trzeba się zastanowić, czy scenarzyści przypadkiem nie zaglądali do czyjegoś gabinetu terapeutycznego. I po następnych dwóch odcinkach orientujesz się, że nie da się z tego wycofać, bo serial po cichu i z pełną premedytacją złożył ci na kolanach kilka pytań, których nie miałeś ochoty sobie zadawać. Co to znaczy mieć tożsamość, której nie wybrałeś? Co się dzieje z umysłem zamkniętym w sytuacji, z której nie ma wyjścia? Czy świadomość, która zapomina, że była świadomością, jeszcze nią jest? Pytania, które zadawał Ellison sześćdziesiąt lat temu. W trykocie cyfrowego klauna. Pod warstwą tęczy i bajnowego absudrdu kryje się psychologia i solidna dramaturgia.

    Nie jest to, dla porządku, pierwszy raz, kiedy współczesna zachodnia animacja przemyca rzeczy poważne pod kostiumem niegroźnej kreski. Inna produkcja Glitch Productions — Murder Drones czy świeży Knights of Guinevere, dla którego House of Mouse to nie inspiracja, tylko cel — pracują tym samym mechanizmem. Vivziepop ze swoim Hazbin Hotel i Helluva Boss też. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu mają korzenie niezależne. Ostatnie kilka lat to dyskretny renesans formy, na który dorosły fan SF powinien był zwrócić uwagę dawno temu.

    Chociaż… nie. Pisanie, że Zachód dopiero do tego dochodzi, byłoby nieuczciwe. Bakshi robił dorosłą animację już w latach siedemdziesiątych — Fritz the Cat, American Pop. Heavy Metal wyszło w 1981 z muzyką, której się słucha do dziś. Watership Down, Plague Dogs. Dorosła animacja na Zachodzie ma przynajmniej pół wieku historii. Tyle że zawsze siedziała w niszy — na nocnych pokazach, w klubach filmowych, w opasłych monografiach dostępnych tylko dla tych, którym chce się za nimi kopać.

    Co się zmieniło, to nie forma, tylko kanał. Mainstream wychowywał się sześćdziesiąt lat na Disneyu, który wytrenował w widzu prosty odruch: animacja to bajeczka dla młodych, gardę można rozluźnić. Bakshi mógł robić, co chciał — ale do tej samej kanapy, na której rodzice puszczają Króla Lwa, jego filmy nie miały szans wejść. Dzisiaj mają. Nie dlatego, że Disney złagodniał, tylko dlatego, że YouTube skrócił dystans do widza do jednego kliknięcia. Bakshi musiał walczyć o każdą półkę. Glitch i Vivziepop już nie muszą.

    Wschód robi to od dziesięcioleci. Dość wspomnieć Akirę, Neon Genesis Evangelion czy Grobowiec świetlików: animacja jako medium dla dorosłej treści to dla nich punkt startu, a nie odkrycie. My na Zachodzie dopiero do tego dochodzimy, do tego ścieżką omijającą wielkie korporacje. Mówię to bez triumfu, bo właśnie dostałem lekcję pokory na ten temat. Po prostu warto wiedzieć, że TADC nie jest dziwnym wyjątkiem. TADC jest dobrze zrobionym, wyraźnym wierzchołkiem czegoś, co rośnie pod spodem.

    Najlepszy dowód, że coś się dzieje, nie pochodzi od krytyków ani fandomu, tylko od przemysłu. Finał TADC najpierw idzie do kin, dopiero potem na YouTube — z dwutygodniowym ekskluzywnym oknem kinowym, jak Hollywood z dużymi premierami. W Stanach dystrybucją zajmuje się Fathom Entertainment, czyli wspólne przedsięwzięcie trzech największych sieci multipleksów: AMC, Cinemark i Regal. W Polsce Cinema City i Helios — z polskim dubbingiem, w wersji z napisami, w dziesiątkach miast. Niezależna kreskówka z YouTube’a wchodzi 4 czerwca na duży ekran, jednocześnie w kilkudziesięciu krajach świata. To, co przed dwoma laty było darmową serią dla nastolatków, jest dziś wydarzeniem kinowym dystrybuowanym przez tych samych ludzi, którzy puszczają blockbustery Marvela. Krytyka idzie w ślad, fandom też — coraz częściej mówią o tych produkcjach tymi samymi kategoriami, którymi mówią o książkach i kinie aktorskim: psychologia postaci, dramaturgia, motywy. To nie jest powierzchowna zmiana. Animacja przestaje być gatunkiem. Zaczyna być medium — jak film aktorski, jak literatura, jak każde inne.

    Wracam do swojego sceptyka sprzed kilku tygodni z czymś, czego od dawna sobie nie mówiłem: byłeś w błędzie, kolego, i bardzo dobrze, że w końcu zrozumiałeś. Nie chcę zamykać tego felietonu wezwaniem „obejrzyjcie koniecznie”, bo to brzmi jak ulotka propagandowa. Wolę inaczej.

    Pomyślcie, co ostatnio odbiliście od siebie tylko dlatego, że źle wyglądało. Jaką kolorową kreseczkę, jaką dziwną okładkę, jaki tytuł, który zalatywał czymś „nie waszym”. I czy ktoś rzucił przy okazji jedno nazwisko, jedno odniesienie, jedno słowo-klucz, które wam mówi, że ta rzecz wcale nie jest tym, na co wygląda. I czy zignorowaliście to słowo razem z całą resztą. Bo ja zignorowałem. Zanim koleżanka nie powiedziała: Ellison.

    A teraz, po ośmiu półgodzinnych odcinkach, czekam na 4 czerwca jak potrzaskany. Jeżeli kogoś z was namówiłem — siądźmy razem przy piwie, kiedy się zobaczymy i powiedzcie, jak to jest, kiedy się wie wszystko. Ja teraz jeszcze nie wiem. I szczerze mówiąc, ten stan niewiedzy jest mi w tej chwili dziwnie drogi.

  • Twój Pierwszy Star Trek

    A więc zastanawiasz się, od czego zacząć swoją przygodę z Gwiezdną Wędrówką? Chyba dobrze trafiłeś. Usiądź, rozgość się. Przeczytaj poniższą listę.

    (więcej…)
  • Gotowi Na Wszystko. Eksterminator

    Raz na jakiś czas pojawia się coś, co kompletnie burzy mój światopogląd dotyczący polskiej kinematografii. I tak za namową kolegi obejrzałem polską komedię pt. Gotowi na wszystko. Eksterminator z 2017 roku. Powiedział mi tylko, że to jakby taki film trochę o nim. Trochę o nas. Cytując klasyka — Mówił, mówił i namówił.

    (więcej…)